wtorek, 25 czerwca 2013

5 pytań do blogera - wpis niepoważny

    Dziś nieco inaczej, bo nie mam żadnej recenzji. Brakuje mi czasu na przeczytanie choćby strony, a w kolejce już ustawiają się kolejne tytuły. To nic. Teraz w ramach rozrywki idę za Fuzukat, która idzie za Zwierzem, która idzie za Myszą. I jak to trafnie określiła ta pierwsza - to prawie jak Incepcja.

1. Gdybyś mógł/mogła żyć w świecie z jakiegoś filmu, jaki film byś wybrał/wybrała?
    O tak, świetne pytanie dla mnie. Pierwsze co mi przychodzi do głowy to jakieś miejsce po apokalipsie. Wokół zniszczony świat, zombie wszędzie się panoszą, a ja gdzieś pomiędzy budująca swoją małą enklawę. Serio, w wolnych chwilach oceniam przydatność niektórych miejsc w moich mieście pod względem przydatności do przetrwania. Co do filmu to zmienię to na serial. The Walking Dead - w tej rzeczywistości mają całkiem dobrą koncepcję zombie, które ogarnęły cały świat. Nie muszę się nawet wybierać do Ameryki.

2. Wyobraź sobie, że Twoje życie to serial telewizyjny. Jaka piosenka leciałaby w napisach początkowych?
    Trzy kwadranse z musicalu Lalka. Jeśli jeszcze nie znaliście tego utworu to szybko nadróbcie. Warto. Dodam jeszcze, że to polska produkcja Teatru Muzycznego w Gdyni. Teraz pracuje on nad Chłopami. Trzymam za nich kciuki i nie mogę się doczekać efektu końcowego.


3. Zamieść jeden obraz/grafikę/ilustrację, który Twoim zdaniem jest kwintesencją piękna.
    I to powinnam grzecznie odejść od komputera, bo wybranie kwintesencji piękna jest dla mnie niemożliwe, ale spróbuję.
Zdjęcie zaczerpnięte stąd.
Nie wiem czy to odpowiedni wybór, ale to piękne miejsce. Idealne do ogrodu.

4. Gdybyś mógł wymazać z ludzkiej świadomości jedno popkulturalne dzieło, na jakie byś się zdecydował/zdecydowała?
    Hmm... Trudna decyzja. Zmierzch. To byłby oczywisty wybór. Muszę jednak wziąć pod uwagę całokształt pomimo słabych książek i filmów, fani serii sięgają po inne lektury. Kto wie co z tego może wyniknąć. Zaczyna się od jednej książki, później jest ich coraz więcej, nie wiadomo na co trafią młode umysły.
   Nie wiem, wszystko według mnie ma jakieś plusy. Nawet jeśli wyrządziło więcej szkody niż pożytku (wizja wampirów z własnej woli chodzących do szkoły średniej, czy ekranizacja Wiedźmina, która spowodowała jakąś niechęć polskich filmowców do filmów fantasy)
  
 
5. Dowiadujesz się, że możesz zastąpić dowolne mitologiczne bóstwo w jego/jej obowiązkach. Jakie bóstwo wybierzesz? 
    Mogłabym zastąpić Hermesa. Wiem, że znany jest przede wszystkim jako posłaniec bogów, ale przecież pełnił też inne funkcje. To także opiekun kupców, podróżnych i złodziei. Dobrze znał się na perswazji, wiec łatwo mógł przekonywać innych do swojego zdania. Byłoby zabawnie, w dzień pomagać kupcom dobić korzystny utarg, a wieczorem pomagać złodziejom ich okradać. Hermes jest przebiegły, wyszedłby cało z każdej sytuacji. Do tego prawdopodobnie zna wszystkie sekrety bogów. Przy dobrze rozplanowanej sytuacji z dodatkiem odrobiny sprytu, mógłby się nieźle ustawić.
    Serio. Lubię Hermesa - niby niepozorny, a całkiem sporo od niego zależy. Świetna postać.

    Wpis powstać miał już dwa tygodnie temu, ale wciąż brakło czasu. Wszystkich chętnych zapraszam do zabawy, powiększmy naszą Incepcję, zagrajmy dla odrobiny relaksu.

niedziela, 26 maja 2013

"Gwiad naszych wina" John Green

      Jakaś książka musi być pierwsza. Ja zdecydowałam się na nowość, nie dlatego, że nowością jest (nie do końca nowością, premierę miała kilka miesięcy temu), ale z powodu autora.
      John Green był mi znany zanim sięgnęłam po jego książkę. Na początku nawet nie wiedziałam, że jest pisarzem, wzięłam go za lekko szaloną osobę, która w jakiś sposób wybiła się dzięki Internetowi i ma rzeszę szczerych fanów. Prawdę mówiąc gdy dowiedziałam się o jego książkach byłam zaskoczona i od razu poczułam się nieswojo. Jak mogłam to przegapić? Jak mogłam przegapić twórczość tak mądrego i miłego człowieka. Postanowiłam coś przeczytać. Dostęp do wydań w Polsce był mierny, a chciałam zacząć właśnie od Gwiazd naszych wina. I zaczęłam. Nie obyło się bez kłopotów (bardzo długo czekałam na przesyłkę), ale książka wreszcie wylądowała na moim biurku. 

Ja wiem, typowe zdjęcie książki przy klawiaturze.
U mnie po raz pierwszy i ostatni, nie miałam lepszego ujęcia.

      Jeszcze zanim książka się rozpocznie, dostajemy informację, że wszystko w niej jest fikcją. Nie raz – dwa razy. To ważne, choć i tak zapomnimy o tym, bardzo szybko. Bo czy fikcja może w taki sposób opowiadać historię Hazel, szesnastolatki chorej na raka, nie rozstającej się z aparatem tlenowym, której jedyną rozrywką jest oglądanie maratonów America's Next Top Model i ciągłe czytanie tej samej książki. Hazel, która przez swoją chorobę nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, a znajomym często wymiguje się chorobą – bo może, bo woli zostać sama. Cóż może zrobić szesnastoletnia dziewczyna oderwana od życia jakie znamy, od prozaicznych nastoletnich problemów, gdy priorytetem jest walka z nowotworem. Wszystko zmienia się na jednej z sesji grupy wsparcia dla chorej młodzieży, gdzie poznaje Augustusa. Chłopaka pewnego siebie, nie dającego za wygraną. Hazel zostaje poddana sytuacji, której nigdy nie myślała, że przeżyje. A my temu towarzyszymy. Zaczyna się niewinnie, wymiana spojrzeń, rozmowa, film i polecenie książki. I właśnie ta książka zbliża bohaterów najbardziej – Cios udręki. Powieść w powieści – wspaniały pomysł, do tego zrealizowany po mistrzowsku.
      Pamiętacie na pewno tę historię z Hemingway'em? Zuchwały dziennikarz zwrócił się do niego z pytaniem czy potrafi napisać dramat w jednym zdaniu. Hemingway odpisał: "Na sprzedaż: buty dziecięce, nigdy nie noszone". John Green też to potrafi. Potrafi skłonić do refleksji jednym zdaniem lub słowem (!). Dawno już nie czytałam książki, gdzie nad tylko jednym zdaniem można zatrzymać się na tak długą chwilę, gdzie zdarza się to tak często. U Greena pojedyncze zdanie potrafi nam powiedzieć bardzo dużo – zależnie od tego, kto je wypowiada wiemy co się za tym kryje, wiemy co czują bohaterowie, rozumiemy ich. Swoisty kod przenika do naszego życia. Niektóre słowa już nigdy nie będą takie jak przed przeczytaniem powieści.
      Postacie są dobrze przemyślane i zaprezentowane Mimo że powieść ma narratora pierwszoosobowego, a więc tego, który nie wie wszystkiego, czujemy jakbyśmy ich znali, rozumiemy ich emocje. Dokładnie wiemy kim są. Dopingujemy ich i przeżywamy ich tragedie wraz z nimi. Gdy są ranieni czujmy to, gdy przeżywają szczęście cieszymy się wraz z nimi. Nie dopingujemy tylko Hazel i Augustusowi, ich przyjaciele oraz rodzina są równie ważni. Autor nie zostawia ich historii niedopowiedzianej – to pewna całość, która ma ciąg dalszy i chociaż go nie doczytamy, to wiemy co się stanie. I mimo, że są fikcją, my wiemy że są realni. W chwili gdy o nich czytamy żyją i istnieją. Mogliby zapukać do naszych drzwi i poprosić o szklankę cukru, a my nawet nie dostrzeglibyśmy, że stworzeni są z liter, po prostu byśmy im dali czego chcą.
      Świat jednak nie daje tego czego chcemy. Nie jest instytucją do spełniania marzeń, jak próbuje się nam wmówić. Sami za swoje marzenia jesteśmy odpowiedzialni. To my realizujemy nasze pasje i pragnienia. To co robimy przybliża lub oddala nas od nich – i na to autor zwraca naszą uwagę. To nie nasze gwiazdy kreują nasz los. Choroba nie determinuje życia bohaterom – utrudnia je, ale nie sprawia, że staje się najważniejsza. Jest pewnym środkiem, dzięki któremu poznajemy świat. Nie jest głównym wątkiem, to emocje są tu najważniejsze – oddziałują na czytelnika w sposób silny i pozytywny.
      Gwiazd naszych wina to świetna książka. Mogłam jednie podejrzewać jakie emocje mi przyniesie (trzy razy przeczytałam pierwsze 200 stron, bo przecież zakończenie mogłam przeczytać po raz pierwszy tylko raz). Powieść dobrze i przyjemnie się czyta, warto poświęcić jej więcej czasu. Nie w podróży, gdy jesteśmy zabiegani – dobrze jest znaleźć sobie spokojną chwilę, którą spędzimy tylko z powieścią, tak będzie lepiej, wierzcie mi.
      Mogę z całą pewnością polecić wam Gwiazd naszych wina Johna Greena. To doskonała książka, warta przeczytania i uwagi. Przecież o to chodzi w czytaniu, prawda? By było warto, a dla tej powieści warto poświęcić swój czas.

środa, 22 maja 2013

Początki są najtrudniejsze - tak mówią

   Zanim zacznę konkretne teksty na blogu umieszczać, chciałabym najpierw napisać krótką notkę wprowadzającą. Ponieważ jednak nie lubię i chyba nie potrafię pisać notek wprowadzających będzie naprawdę krótko.

   Blog powstał z pewnego bardzo dawno złożonego postanowienia. I kiedy piszę bardzo dawno mam na myśli okres kilku lat. Problem polegał nie tyle z mojego braku motywacji, co braku pomysłu jaki to miałby być typ bloga. Ostatecznie typu nie ma, będą tu ukazywać się głównie recenzje książek, ale także filmów czy przedstawień. Czasem pojawią się tu fotografie lub grafika mojego autorstwa, a czasami nie pojawi się nic. Zdarza się.

   Decydującą chwilą w założeniu bloga jest projekt na technologię informacyjną. Tak. Teraz już widać, że potrafię obsłużyć ten serwer, prawda? Dziękuję za uwagę. Mam nadzieję, że miło będzie się wam czytało moje teksty i zostaniecie tu na dłużej.