Jakaś książka
musi być pierwsza. Ja zdecydowałam się na nowość, nie dlatego,
że nowością jest (nie do końca nowością, premierę miała kilka
miesięcy temu), ale z powodu autora.
John Green
był mi znany zanim sięgnęłam po jego książkę. Na początku
nawet nie wiedziałam, że jest pisarzem, wzięłam go za lekko
szaloną osobę, która w jakiś sposób wybiła się dzięki
Internetowi i ma rzeszę szczerych fanów. Prawdę mówiąc gdy
dowiedziałam się o jego książkach byłam zaskoczona i od razu
poczułam się nieswojo. Jak mogłam to przegapić? Jak mogłam
przegapić twórczość tak mądrego i miłego człowieka.
Postanowiłam coś przeczytać. Dostęp do wydań w Polsce był
mierny, a chciałam zacząć właśnie od Gwiazd naszych wina.
I zaczęłam. Nie obyło się bez kłopotów (bardzo długo czekałam
na przesyłkę), ale książka wreszcie wylądowała na moim biurku.
Ja wiem, typowe zdjęcie
książki przy klawiaturze.
U mnie po raz pierwszy i ostatni, nie miałam lepszego ujęcia.
Jeszcze
zanim książka się rozpocznie, dostajemy informację, że wszystko
w niej jest fikcją. Nie raz – dwa razy. To ważne, choć i tak
zapomnimy o tym, bardzo szybko. Bo czy fikcja może w taki sposób
opowiadać historię Hazel, szesnastolatki chorej na raka, nie rozstającej się z aparatem tlenowym, której jedyną rozrywką jest
oglądanie maratonów America's Next Top Model i ciągłe czytanie
tej samej książki. Hazel, która przez swoją chorobę nie chodzi
do szkoły, nie ma przyjaciół, a znajomym często wymiguje się
chorobą – bo może, bo woli zostać sama. Cóż może zrobić szesnastoletnia dziewczyna oderwana od życia jakie znamy, od
prozaicznych nastoletnich problemów, gdy priorytetem jest walka z
nowotworem. Wszystko zmienia się na jednej z sesji grupy wsparcia
dla chorej młodzieży, gdzie poznaje Augustusa. Chłopaka pewnego
siebie, nie dającego za wygraną. Hazel zostaje poddana sytuacji,
której nigdy nie myślała, że przeżyje. A my temu towarzyszymy.
Zaczyna się niewinnie, wymiana spojrzeń, rozmowa, film i polecenie
książki. I właśnie ta książka zbliża bohaterów najbardziej –
Cios udręki. Powieść
w powieści – wspaniały pomysł, do tego zrealizowany po
mistrzowsku.
Pamiętacie na pewno tę historię z Hemingway'em? Zuchwały
dziennikarz zwrócił się do niego z pytaniem czy potrafi napisać
dramat w jednym zdaniu. Hemingway odpisał: "Na sprzedaż: buty
dziecięce, nigdy nie noszone". John Green też to potrafi.
Potrafi skłonić do refleksji jednym zdaniem lub słowem (!). Dawno
już nie czytałam książki, gdzie nad tylko jednym zdaniem można
zatrzymać się na tak długą chwilę, gdzie zdarza się to tak
często. U Greena pojedyncze zdanie potrafi nam powiedzieć bardzo dużo – zależnie
od tego, kto je wypowiada wiemy co się za tym kryje, wiemy co czują
bohaterowie, rozumiemy ich. Swoisty kod przenika do naszego życia.
Niektóre słowa już nigdy nie będą takie jak przed przeczytaniem
powieści.
Postacie są dobrze przemyślane i zaprezentowane Mimo że powieść
ma narratora pierwszoosobowego, a więc tego, który nie wie
wszystkiego, czujemy jakbyśmy ich znali, rozumiemy ich emocje.
Dokładnie wiemy kim są. Dopingujemy ich i przeżywamy ich tragedie
wraz z nimi. Gdy są ranieni czujmy to, gdy przeżywają szczęście
cieszymy się wraz z nimi. Nie dopingujemy tylko Hazel i Augustusowi,
ich przyjaciele oraz rodzina są równie ważni. Autor nie zostawia
ich historii niedopowiedzianej – to pewna całość, która ma ciąg
dalszy i chociaż go nie doczytamy, to wiemy co się stanie. I mimo,
że są fikcją, my wiemy że są realni. W chwili gdy o nich czytamy
żyją i istnieją. Mogliby zapukać do naszych drzwi i poprosić o
szklankę cukru, a my nawet nie dostrzeglibyśmy, że stworzeni są z
liter, po prostu byśmy im dali czego chcą.
Świat jednak nie daje tego czego chcemy. Nie jest instytucją do
spełniania marzeń, jak próbuje się nam wmówić. Sami za swoje
marzenia jesteśmy odpowiedzialni. To my realizujemy nasze pasje i
pragnienia. To co robimy przybliża lub oddala nas od nich – i na
to autor zwraca naszą uwagę. To nie nasze gwiazdy kreują nasz los.
Choroba nie determinuje życia bohaterom – utrudnia je, ale nie
sprawia, że staje się najważniejsza. Jest pewnym środkiem, dzięki
któremu poznajemy świat. Nie jest głównym wątkiem, to emocje są
tu najważniejsze – oddziałują na czytelnika w sposób silny i
pozytywny.
Gwiazd
naszych wina to świetna
książka. Mogłam jednie podejrzewać jakie emocje mi przyniesie
(trzy razy przeczytałam pierwsze 200 stron, bo przecież zakończenie
mogłam przeczytać po raz pierwszy tylko raz). Powieść dobrze i
przyjemnie się czyta, warto poświęcić jej więcej czasu. Nie w
podróży, gdy jesteśmy zabiegani – dobrze jest znaleźć sobie
spokojną chwilę, którą spędzimy tylko z powieścią, tak będzie
lepiej, wierzcie mi.
Mogę
z całą pewnością polecić wam Gwiazd naszych wina
Johna Greena. To doskonała książka, warta przeczytania i uwagi.
Przecież o to chodzi w czytaniu, prawda? By było warto, a dla tej powieści
warto poświęcić swój czas.
