sobota, 14 listopada 2015

Więc znów nadszedł listopad

    4 listopada ubiegłego roku napisałam tekst zwierający 389 wyrazów. Przypomniałam w nim o NaNoWriMo czyli miesiącu zadedykowanemu pisaniu. Odniosłam się także do pracy magisterskiej i wyraziłam ulgę, że nie trzeba jej oddać do końca listopada. Co za bzdurny pomysł. Miesiąc na napisanie pracy magisterskiej?

    Wtedy myślałam, że miesiąc to czas zdecydowanie zbyt krótki. Termin nierealny. Jednak moja praca magisterska powstała właśnie w miesiąc. 4 tygodnie od 1 do 27 czerwca. Miało już nie być nic, miał być koniec i obrona we wrześniu, Pardon, w lipcu następnego roku (zasady promotora). Jednak stało się inaczej. Profesor mówi: proszę pisać. Postanowienie: napiszę tyle ile się uda, reszta później. Przyjaciółka: on nie może cię do niczego zmusić. Wiem to. Nie potrzebuję nacisku, ani zachęty, właściwie nie wiem czego potrzebuję, ale piszę dalej.


    Piszę i mailuje z K. K napisała już swoją, a teraz nanosi poprawki. Mamy zupełnie inny poziom zaawansowania prac, ale trzymamy się razem. Przy licencjacie też tak było. W międzyczasie ktoś dzwoni “wiesz, ja już myślałam, że tej pracy nie napiszę, w maju nie miałam jeszcze wstępu ani zakończenia”. Przyznaje jej rację, że to trudna sytuacja, ale nie zdradzam się, że ja w maju miałam zero. Mówię o tym K. i śmieję się z tego długo. Sama napisany mam dopiero pierwszy rozdział.


    Gdy kończę kolejne zdania, akapity, rozdziały. Gdy przez weekend opracowuje ostatnie fragmenty, choć wiem, że zostało mi nie całe dwa tygodnie. Gdy nagle o pierwszej w nocy doznaję olśnienia, ale jestem już tak zmęczona, że nie dam rady używać klawiatury, więc pół rozdziału pisze ręcznie, ołówkiem. Gdy profesor mówi mi czego spodziewać się na obronie i ustala jej datę na początek lipca. Gdy każdy kolejny podrozdział wyznacza mi pory dnia. Wtedy nie myślę, że skończę w terminie. Po raz pierwszy uznaję, że to ma sens i się uda gdy kończę drugi rozdział.


    Pisze więc dalej, niepewna czy to co napisałam ma sens większy od łupiny orzecha. Ta niepewność - towarzyszy mi cały czas. Bo niby promotor akceptuje kolejne fragmenty, ale ja nie mogę wyjść poza myśl, że robi to tylko dlatego bo i tak nie ma czasu na poprawki. że to naprawdę jest głupie, ma małą wartość, czy właściwie co ja piszę? O błędy się nie martwię, E. i M. tworzą zespół doskonały, uzupełniają tekst o wszystko czego zabrakło, usuwają nadmiar. Promotor dostaje fragmenty pracy prawie idealne. Jestem wdzięczna wszystkim za pomoc, E. K. M. wszystkie mi pomagają, a mi wciąż trudno zobaczyć tego sens.


    Wstęp kończę w poniedziałek, w czwartek zakończenie. Piątek był czasem poprawek i akceptacji. Sobota - praca była już w systemie. Skończyłam pisać, ale zanim to sobie uświadomię minie ponad miesiąc.


    Pisanie magisterki w takim tempie było surrealnym doświadczeniem. Wyłączałam komputer gdy ptaki zaczynały śpiewać, E. mówiła, że te ptaki to chyba jakieś głupie bo dla nich przecież za wcześnie. A ja kończyłam pisać ręcznie. Pilnowałam by nikt nie domyślił się, że nie śpię. Mało światła, muzyka tak cicho, że rano nie słyszałam żadnego dźwięku, w nocy wydawało mi się, że słyszą wszyscy. Mój nastrój się waha, od radości, nieco szaleńczej, po rozpacz i płacz. Wszystko wygląda jak żart, szczególnie to co piszę. A jednak recenzje są pozytywne - co kwituję nerwowym śmiechem i niedowierzaniem. Dopiero w dniu obrony okazuje się, że to jednak prawda, że są jak najbardziej poważnie. Do tej myśli przyzwyczajam się bardzo długo.


    Pamiętam jak 4 listopada pisałam jakie to szczęście, że na pracę nad magisterką mamy więcej niż miesiąc. Jeśli dostatecznie dobrze rozłoży się plan to można skończyć przed terminem, jeśli się nie uda to zawsze pozostają te ostatnie 4 tygodnie. Nawet jeśli jest się w kiepskiej kondycji psychicznej i ma się mało pewności siebie. Z dobrym planem ramowym to możliwe choć ciężkie. Nie polecam nikomu. I odczuwam wielką ulgę, że na napisanie magisterki jest więcej czasu niż miesiąc, nawet jeśli z tego czasu nie skorzystałam.

    PS: Ten wpis ma 638 słów.

środa, 28 stycznia 2015

Rozczarowanie czy za duże wymagania?

     White Collar właśnie się skończyło. A finał sezonu był przewidywalnie rozczarowujący. Bo jak inaczej nazwać to co dostaliśmy?
 
      Gdy dowiedziałam się, że 6 sezon będzie ostatnim odetchnęłam. White Collar to nie był zły serial. Pierwszy sezon wniósł do telewizji lekkość i barwność. Bo z FBI pracuje kryminalista, a sami agenci wcale nie zajmują się morderstwami, a kradzieżami. Ile można było oglądać tych samych seriali kryminalnych, gdzie w każdym odcinku, na dobrą sprawę, rozwiązuje się ten sam schemat poszukiwania mordercy? Właśnie. White Collar trzymało się naprawdę nieźle i przez trzy sezony ładnie prowadziło fabułę. Było logiczne i wszystko się ze sobą łączyło. Bohaterowie wciąż byli sobą, i choć Neal i Peter się zmienili, to ten pierwszy wciąż pozostał złodziejem i oszustem, a drugi uczciwym agentem. Ich dualizm przyciągał widza. Relacja była interesująca, drugoplanowi bohaterowie dobrze napisani. Fabuła trzymała się bardzo dobrze, nawet jeśli była nieprawdopodobna. I właściwie serial mógłby się zakończyć. Bo to zakończenie byłoby naprawdę dobre.

Wszyscy pijmy wino. Pijmy wino za kolegów. Do dna. 

     Ale się nie skończył. 4 sezon przyniósł ochłodzenie, a 5 oglądało się w pochmurne popołudnia z nudów i braku innej alternatywy. Serial nie stracił humoru, bohaterów, ani dobrych przekrętów. Coś jednak zgasło. Jakiś mały płomyczek innowacyjności(?). Jakby scenarzystom zabrakło pomysłów. Co nie dziwi, o ile pierwsze trzy sezony były ze sobą spójne pod względem głównego wątku, to w kolejnych zabrakło tej spójności, a raczej spójność była pozorna. Bo niby ten wątek główny był, ale wcale nie pociągał tak jak powinien.

      Czasami serial ma historię na jeden sezon. Czasami na dwa lub trzy. Niektóre zostają zawieszone zanim zdąży je opowiedzieć (Pushing Daisies) inne ciągną się za długo (HIMYM). Czasami dostajemy serial, który pomimo zakończenia głównego wątku gdzieś bokiem wprowadził kolejny i wszystko trzyma się razem i wciąż przyjemnie się je ogląda (Castle). Tak się zdarza, trudno przez lata pisać serial, w którym zdarzyło się już tak wiele, że brakuje pomysłów.    
     Nie zarzucam scenarzystom White Collar braku pomysłów. Gdy pisali sezon 4, serial był u szczytu popularności. Trzeba działać producenci. Trzeba działać póki gotówka płynie. Tyle, że sezon 4 i 5 nie mógł już nam opowiedzieć czegoś nowego. Ktoś tam się pojawiał, ktoś znikał, coś się działo. Wciąż oglądało się miło, ale to już nie to. I kiedy zdecydowano, że sezon 6 będzie ostatnim, można było powiedzieć: wreszcie.

      Sezon szósty ma tylko 6 odcinków. Czego nie byłam świadoma, więc oglądałam go nastawiona na coś więcej, a właściwie nastawiona na dobre zakończenie. I zakończenie dostałam. Przewidywalne. Takie, które być może usatysfakcjonowałoby mnie po 3 sezonie, ale teraz było za oczywiste. Bo cały odcinek był czekaniem: co dalej? To już wszystko? Tak, to było wszystko.

Neal ostrzega przed spoilerami. Chociaż co to za spoiler
jeśli premiera odcinka finałowego już dawno za nami.
(SPOILERS)

     Peter i Neal musieli powiedzieć sobie do widzenia, chociaż było to jednostronne. Pantery (super niebezpieczna grupa złodziei działająca na całym świecie) zostają rozpracowane, Mozziemu udaje się odebrać pieniądze, a Keller dostaje za swoje. W międzyczasie dostajemy dużo słodkich słów, kilka zdań prawdy powtarzanych od kilku odcinków (sezonów) i ten ostatni przekręt. Mam wrażenie, że gdy scenarzyści zebrali się by omówić 6 sezon nie wiedzieli co mają robić. Wtedy jeden z nich wstał i stwierdził, że wyszłoby nieźle gdyby Neal sfingował swoją śmierć. Brawo! Polać mu! To przecież wątek tak oczywisty, że gdyby bohater zdecydował się po prostu uciec było by to bardziej niespodziewane.


      Wątek sfingowania własnej śmierci pojawia się w popkulturze ostatnio często, nie tylko w głównych wątkach, ale także w pobocznych, że trudno widza zaskoczyć. Szczególnie po 2 sezonie Sherlocka, który zakończył się naprawdę spektakularnym upadkiem i te kilka minut, gdy widz był przeświadczony o śmierci bohatera, gdy płakał wraz z przemową Watsona, chociaż dobrze wiedział, ze 3. sezon powstanie. Płakał bo było to realne. Bo w tamtej chwili to miało znaczenie. I ma znaczenie przy każdym kolejnym oglądaniu. Potem widz mógł odetchnąć z ulga i pogratulować scenarzystom. Takich emocji zabrakło mi w finale White Collar. Zabrakło mi przeświadczenia, że to koniec, że serial zakończył się tak w podły dla widzów sposób, bo przecież nic tego nie zapowiadało i to niemożliwe.
 
 Postrzelony Neal prosi o uwagę i ładnie żegna się z bliskimi.
Dlaczego nikt nie zauważył, że postrzelony Neal tak dużo/długo mówi?

     Neal umiera, a my i tak wiemy, że to przekręt (trudno się nie domyślić). I patrzymy na innych bohaterów. Jak potoczyło się ich życie (mija mniej więcej rok od tego zdarzenia) i wszystko kończy się dobrze. Nikt jeszcze nie wie, że Neal żyje, nie jest pokazany. Ale serio – widz wie. Widz nie jest idiotą.

     A chyba nie chodziło o to by zaskoczyć bohaterów (wykreowanych) a właśnie widza. Gdyby scenarzyści zdecydowali się na inne pokazanie przekrętu to widz siedział by pół odcinka nie mogąc uwierzyć w to co się dzieje, w przeświadczeniu, że to koniec. Bardzo brutalny i zły koniec. Koniec tak okropny, że aż niemożliwy. Polałyby się łzy przy tkliwych kwestiach bohaterów, przy ich gestach i słowach. Polałyby się jeszcze większe gdy zobaczylibyśmy Neala żywego, w Paryżu. A potem płakalibyśmy jak to się świetnie skończyło. Jakie to było sprytne i wyrachowane. I jakie genialne. Ale tak się nie stało. I to rozczarowuje. Bo zakończenie jest dobre. Tylko wykonanie się nie udało.
 
Mozzie wraca na ulicę, chociaż wcale nie musi. I czeka.
A na czekanie nie zasłużył.