4 listopada ubiegłego roku napisałam tekst zwierający 389 wyrazów. Przypomniałam w nim o NaNoWriMo czyli miesiącu zadedykowanemu pisaniu. Odniosłam się także do pracy magisterskiej i wyraziłam ulgę, że nie trzeba jej oddać do końca listopada. Co za bzdurny pomysł. Miesiąc na napisanie pracy magisterskiej?
Wtedy myślałam, że miesiąc to czas zdecydowanie zbyt krótki. Termin nierealny. Jednak moja praca magisterska powstała właśnie w miesiąc. 4 tygodnie od 1 do 27 czerwca. Miało już nie być nic, miał być koniec i obrona we wrześniu, Pardon, w lipcu następnego roku (zasady promotora). Jednak stało się inaczej. Profesor mówi: proszę pisać. Postanowienie: napiszę tyle ile się uda, reszta później. Przyjaciółka: on nie może cię do niczego zmusić. Wiem to. Nie potrzebuję nacisku, ani zachęty, właściwie nie wiem czego potrzebuję, ale piszę dalej.
Piszę i mailuje z K. K napisała już swoją, a teraz nanosi poprawki. Mamy zupełnie inny poziom zaawansowania prac, ale trzymamy się razem. Przy licencjacie też tak było. W międzyczasie ktoś dzwoni “wiesz, ja już myślałam, że tej pracy nie napiszę, w maju nie miałam jeszcze wstępu ani zakończenia”. Przyznaje jej rację, że to trudna sytuacja, ale nie zdradzam się, że ja w maju miałam zero. Mówię o tym K. i śmieję się z tego długo. Sama napisany mam dopiero pierwszy rozdział.
Gdy kończę kolejne zdania, akapity, rozdziały. Gdy przez weekend opracowuje ostatnie fragmenty, choć wiem, że zostało mi nie całe dwa tygodnie. Gdy nagle o pierwszej w nocy doznaję olśnienia, ale jestem już tak zmęczona, że nie dam rady używać klawiatury, więc pół rozdziału pisze ręcznie, ołówkiem. Gdy profesor mówi mi czego spodziewać się na obronie i ustala jej datę na początek lipca. Gdy każdy kolejny podrozdział wyznacza mi pory dnia. Wtedy nie myślę, że skończę w terminie. Po raz pierwszy uznaję, że to ma sens i się uda gdy kończę drugi rozdział.
Pisze więc dalej, niepewna czy to co napisałam ma sens większy od łupiny orzecha. Ta niepewność - towarzyszy mi cały czas. Bo niby promotor akceptuje kolejne fragmenty, ale ja nie mogę wyjść poza myśl, że robi to tylko dlatego bo i tak nie ma czasu na poprawki. że to naprawdę jest głupie, ma małą wartość, czy właściwie co ja piszę? O błędy się nie martwię, E. i M. tworzą zespół doskonały, uzupełniają tekst o wszystko czego zabrakło, usuwają nadmiar. Promotor dostaje fragmenty pracy prawie idealne. Jestem wdzięczna wszystkim za pomoc, E. K. M. wszystkie mi pomagają, a mi wciąż trudno zobaczyć tego sens.
Wstęp kończę w poniedziałek, w czwartek zakończenie. Piątek był czasem poprawek i akceptacji. Sobota - praca była już w systemie. Skończyłam pisać, ale zanim to sobie uświadomię minie ponad miesiąc.
Pisanie magisterki w takim tempie było surrealnym doświadczeniem. Wyłączałam komputer gdy ptaki zaczynały śpiewać, E. mówiła, że te ptaki to chyba jakieś głupie bo dla nich przecież za wcześnie. A ja kończyłam pisać ręcznie. Pilnowałam by nikt nie domyślił się, że nie śpię. Mało światła, muzyka tak cicho, że rano nie słyszałam żadnego dźwięku, w nocy wydawało mi się, że słyszą wszyscy. Mój nastrój się waha, od radości, nieco szaleńczej, po rozpacz i płacz. Wszystko wygląda jak żart, szczególnie to co piszę. A jednak recenzje są pozytywne - co kwituję nerwowym śmiechem i niedowierzaniem. Dopiero w dniu obrony okazuje się, że to jednak prawda, że są jak najbardziej poważnie. Do tej myśli przyzwyczajam się bardzo długo.
Pamiętam jak 4 listopada pisałam jakie to szczęście, że na pracę nad magisterką mamy więcej niż miesiąc. Jeśli dostatecznie dobrze rozłoży się plan to można skończyć przed terminem, jeśli się nie uda to zawsze pozostają te ostatnie 4 tygodnie. Nawet jeśli jest się w kiepskiej kondycji psychicznej i ma się mało pewności siebie. Z dobrym planem ramowym to możliwe choć ciężkie. Nie polecam nikomu. I odczuwam wielką ulgę, że na napisanie magisterki jest więcej czasu niż miesiąc, nawet jeśli z tego czasu nie skorzystałam.
PS: Ten wpis ma 638 słów.