White
Collar właśnie się skończyło. A finał sezonu był
przewidywalnie rozczarowujący. Bo jak inaczej nazwać to co
dostaliśmy?
Wszyscy pijmy wino. Pijmy wino za kolegów. Do dna.
Ale się
nie skończył. 4 sezon przyniósł ochłodzenie, a 5 oglądało się
w pochmurne popołudnia z nudów i braku innej alternatywy. Serial nie stracił humoru, bohaterów, ani
dobrych przekrętów. Coś jednak zgasło. Jakiś mały płomyczek
innowacyjności(?). Jakby scenarzystom zabrakło pomysłów. Co nie
dziwi, o ile pierwsze trzy sezony były ze sobą spójne pod względem
głównego wątku, to w kolejnych zabrakło tej spójności, a raczej spójność była pozorna. Bo niby ten wątek główny był, ale wcale nie pociągał tak jak powinien.
Czasami
serial ma historię na jeden sezon. Czasami na dwa lub trzy. Niektóre
zostają zawieszone zanim zdąży je opowiedzieć (Pushing Daisies)
inne ciągną się za długo (HIMYM). Czasami dostajemy serial, który
pomimo zakończenia głównego wątku gdzieś bokiem wprowadził
kolejny i wszystko trzyma się razem i wciąż przyjemnie się je
ogląda (Castle). Tak się zdarza, trudno przez lata pisać serial, w
którym zdarzyło się już tak wiele, że brakuje pomysłów.
Nie
zarzucam scenarzystom White Collar braku pomysłów. Gdy pisali sezon
4, serial był u szczytu popularności. Trzeba działać producenci.
Trzeba działać póki gotówka płynie. Tyle, że sezon 4 i 5 nie
mógł już nam opowiedzieć czegoś nowego. Ktoś tam się pojawiał,
ktoś znikał, coś się działo. Wciąż oglądało się miło, ale
to już nie to. I kiedy zdecydowano, że sezon 6 będzie ostatnim, można było powiedzieć: wreszcie.
Sezon
szósty ma tylko 6 odcinków. Czego nie byłam świadoma, więc
oglądałam go nastawiona na coś więcej, a właściwie nastawiona
na dobre zakończenie. I zakończenie dostałam. Przewidywalne.
Takie, które być może usatysfakcjonowałoby mnie po 3 sezonie, ale
teraz było za oczywiste. Bo cały odcinek był czekaniem: co
dalej? To już wszystko? Tak, to było wszystko.
Neal ostrzega przed spoilerami. Chociaż co to za spoiler
jeśli premiera odcinka finałowego już dawno za nami.
jeśli premiera odcinka finałowego już dawno za nami.
(SPOILERS)
Peter i
Neal musieli powiedzieć sobie do widzenia, chociaż było to
jednostronne. Pantery (super niebezpieczna grupa złodziei działająca na całym świecie) zostają rozpracowane, Mozziemu udaje się
odebrać pieniądze, a Keller dostaje za swoje. W międzyczasie
dostajemy dużo słodkich słów, kilka zdań prawdy powtarzanych od
kilku odcinków (sezonów) i ten ostatni przekręt. Mam wrażenie, że
gdy scenarzyści zebrali się by omówić 6 sezon nie wiedzieli co
mają robić. Wtedy jeden z nich wstał i stwierdził, że wyszłoby
nieźle gdyby Neal sfingował swoją śmierć. Brawo! Polać mu! To
przecież wątek tak oczywisty, że gdyby bohater zdecydował się po
prostu uciec było by to bardziej niespodziewane.
Wątek
sfingowania własnej śmierci pojawia się w popkulturze ostatnio
często, nie tylko w głównych wątkach, ale także w pobocznych, że
trudno widza zaskoczyć. Szczególnie po 2 sezonie Sherlocka, który
zakończył się naprawdę spektakularnym upadkiem i te kilka minut,
gdy widz był przeświadczony o śmierci bohatera, gdy płakał wraz
z przemową Watsona, chociaż dobrze wiedział, ze 3. sezon powstanie. Płakał bo było to realne. Bo w tamtej chwili to miało znaczenie. I ma znaczenie przy każdym kolejnym oglądaniu. Potem widz mógł odetchnąć z ulga i pogratulować
scenarzystom. Takich emocji zabrakło mi w finale White Collar.
Zabrakło mi przeświadczenia, że to koniec, że serial zakończył
się tak w podły dla widzów sposób, bo przecież nic tego nie
zapowiadało i to niemożliwe.
Postrzelony Neal prosi o uwagę i ładnie żegna się z bliskimi.
Dlaczego nikt nie zauważył, że postrzelony Neal tak dużo/długo mówi?
Dlaczego nikt nie zauważył, że postrzelony Neal tak dużo/długo mówi?
A chyba nie chodziło o to by zaskoczyć
bohaterów (wykreowanych) a właśnie widza. Gdyby
scenarzyści zdecydowali się na inne pokazanie przekrętu to widz
siedział by pół odcinka nie mogąc uwierzyć w to co się dzieje, w
przeświadczeniu, że to koniec. Bardzo brutalny i zły koniec. Koniec tak okropny, że aż niemożliwy. Polałyby się łzy przy tkliwych kwestiach bohaterów, przy ich gestach i słowach. Polałyby się jeszcze większe gdy zobaczylibyśmy Neala żywego, w Paryżu. A potem płakalibyśmy jak to się świetnie skończyło. Jakie to było sprytne i wyrachowane. I jakie genialne. Ale
tak się nie stało. I to rozczarowuje. Bo zakończenie jest dobre.
Tylko wykonanie się nie udało.
Mozzie wraca na ulicę, chociaż wcale nie musi. I czeka.
A na czekanie nie zasłużył.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz