niedziela, 26 maja 2013

"Gwiad naszych wina" John Green

      Jakaś książka musi być pierwsza. Ja zdecydowałam się na nowość, nie dlatego, że nowością jest (nie do końca nowością, premierę miała kilka miesięcy temu), ale z powodu autora.
      John Green był mi znany zanim sięgnęłam po jego książkę. Na początku nawet nie wiedziałam, że jest pisarzem, wzięłam go za lekko szaloną osobę, która w jakiś sposób wybiła się dzięki Internetowi i ma rzeszę szczerych fanów. Prawdę mówiąc gdy dowiedziałam się o jego książkach byłam zaskoczona i od razu poczułam się nieswojo. Jak mogłam to przegapić? Jak mogłam przegapić twórczość tak mądrego i miłego człowieka. Postanowiłam coś przeczytać. Dostęp do wydań w Polsce był mierny, a chciałam zacząć właśnie od Gwiazd naszych wina. I zaczęłam. Nie obyło się bez kłopotów (bardzo długo czekałam na przesyłkę), ale książka wreszcie wylądowała na moim biurku. 

Ja wiem, typowe zdjęcie książki przy klawiaturze.
U mnie po raz pierwszy i ostatni, nie miałam lepszego ujęcia.

      Jeszcze zanim książka się rozpocznie, dostajemy informację, że wszystko w niej jest fikcją. Nie raz – dwa razy. To ważne, choć i tak zapomnimy o tym, bardzo szybko. Bo czy fikcja może w taki sposób opowiadać historię Hazel, szesnastolatki chorej na raka, nie rozstającej się z aparatem tlenowym, której jedyną rozrywką jest oglądanie maratonów America's Next Top Model i ciągłe czytanie tej samej książki. Hazel, która przez swoją chorobę nie chodzi do szkoły, nie ma przyjaciół, a znajomym często wymiguje się chorobą – bo może, bo woli zostać sama. Cóż może zrobić szesnastoletnia dziewczyna oderwana od życia jakie znamy, od prozaicznych nastoletnich problemów, gdy priorytetem jest walka z nowotworem. Wszystko zmienia się na jednej z sesji grupy wsparcia dla chorej młodzieży, gdzie poznaje Augustusa. Chłopaka pewnego siebie, nie dającego za wygraną. Hazel zostaje poddana sytuacji, której nigdy nie myślała, że przeżyje. A my temu towarzyszymy. Zaczyna się niewinnie, wymiana spojrzeń, rozmowa, film i polecenie książki. I właśnie ta książka zbliża bohaterów najbardziej – Cios udręki. Powieść w powieści – wspaniały pomysł, do tego zrealizowany po mistrzowsku.
      Pamiętacie na pewno tę historię z Hemingway'em? Zuchwały dziennikarz zwrócił się do niego z pytaniem czy potrafi napisać dramat w jednym zdaniu. Hemingway odpisał: "Na sprzedaż: buty dziecięce, nigdy nie noszone". John Green też to potrafi. Potrafi skłonić do refleksji jednym zdaniem lub słowem (!). Dawno już nie czytałam książki, gdzie nad tylko jednym zdaniem można zatrzymać się na tak długą chwilę, gdzie zdarza się to tak często. U Greena pojedyncze zdanie potrafi nam powiedzieć bardzo dużo – zależnie od tego, kto je wypowiada wiemy co się za tym kryje, wiemy co czują bohaterowie, rozumiemy ich. Swoisty kod przenika do naszego życia. Niektóre słowa już nigdy nie będą takie jak przed przeczytaniem powieści.
      Postacie są dobrze przemyślane i zaprezentowane Mimo że powieść ma narratora pierwszoosobowego, a więc tego, który nie wie wszystkiego, czujemy jakbyśmy ich znali, rozumiemy ich emocje. Dokładnie wiemy kim są. Dopingujemy ich i przeżywamy ich tragedie wraz z nimi. Gdy są ranieni czujmy to, gdy przeżywają szczęście cieszymy się wraz z nimi. Nie dopingujemy tylko Hazel i Augustusowi, ich przyjaciele oraz rodzina są równie ważni. Autor nie zostawia ich historii niedopowiedzianej – to pewna całość, która ma ciąg dalszy i chociaż go nie doczytamy, to wiemy co się stanie. I mimo, że są fikcją, my wiemy że są realni. W chwili gdy o nich czytamy żyją i istnieją. Mogliby zapukać do naszych drzwi i poprosić o szklankę cukru, a my nawet nie dostrzeglibyśmy, że stworzeni są z liter, po prostu byśmy im dali czego chcą.
      Świat jednak nie daje tego czego chcemy. Nie jest instytucją do spełniania marzeń, jak próbuje się nam wmówić. Sami za swoje marzenia jesteśmy odpowiedzialni. To my realizujemy nasze pasje i pragnienia. To co robimy przybliża lub oddala nas od nich – i na to autor zwraca naszą uwagę. To nie nasze gwiazdy kreują nasz los. Choroba nie determinuje życia bohaterom – utrudnia je, ale nie sprawia, że staje się najważniejsza. Jest pewnym środkiem, dzięki któremu poznajemy świat. Nie jest głównym wątkiem, to emocje są tu najważniejsze – oddziałują na czytelnika w sposób silny i pozytywny.
      Gwiazd naszych wina to świetna książka. Mogłam jednie podejrzewać jakie emocje mi przyniesie (trzy razy przeczytałam pierwsze 200 stron, bo przecież zakończenie mogłam przeczytać po raz pierwszy tylko raz). Powieść dobrze i przyjemnie się czyta, warto poświęcić jej więcej czasu. Nie w podróży, gdy jesteśmy zabiegani – dobrze jest znaleźć sobie spokojną chwilę, którą spędzimy tylko z powieścią, tak będzie lepiej, wierzcie mi.
      Mogę z całą pewnością polecić wam Gwiazd naszych wina Johna Greena. To doskonała książka, warta przeczytania i uwagi. Przecież o to chodzi w czytaniu, prawda? By było warto, a dla tej powieści warto poświęcić swój czas.

4 komentarze:

  1. Brzmi ciekawie :> Silnie przemawia do mnie fakt, że przeczytałaś te dwieście stron trzy razy, żeby potem się rozkoszować zakończeniem ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy 'rozkoszować' to dobre słowo, ale warto było dłużej podtrzymać tę szczególną atmosferę.

      Usuń
  2. Świetna recenzja. Jak już będę miała obronę z głowy, to na pewno sięgnę ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Mogę Ci po obronie pożyczyć książkę. To będzie później pretekst do spotkania :)

      Usuń